sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział 2.2.


Ocean Atlantycki Południowy
Przylądek Burz, 1492 rok






            — Panie?

Bosman oddał niski pokłon, wbijając wzrok w pokład i czekając na gest wezyra.

Mężczyzna odwrócił się, a jedwabne szarawary, które nosił, zaszeleściły łagodnie. Wezyr Mahesha ubrał w kontoş o miodowym kolorze, bogato zdobiony wyszywanymi złotą nicią granatami. Szata, ciasno opinająca muskularną sylwetkę, zapięta była z przodu rzędem złotych guzików nadzianych kawałkami jadeitu cesarskiego, którego wściekła zieleń kontrastowała z żółtą tkaniną. Na ramiona mężczyzna narzucił kaftan podszyty sobolim futrem i świadczący o wysokiej randze dostojnika. Jego głowę zdobiło opasane białą taśmą kallavi. 

Twarz Maheshy miała wyjątkowo łagodny wyraz. Wezyr kochał żeglugę, na oceanie czuł, że żyje. Za każdym razem, kiedy powracał z podróży, jego zmysły wciąż z utęsknieniem rozpamiętywały zapach morskiej bryzy, zimny, rześki wiatr chłostający warz i podniecającą niepewność, ryzyko, jakie niosła wyprawa na głębokie wody.

            Mahesha gestem skłonił bosmana do przemówienia, lecz jego wzrok nie skupił się na marynarzu, a podążył daleko na horyzont, gdzie zachodzące słońce rozlewało się ciepłymi, złotymi i różowymi odcieniami na błękitnym morzu.

            — Kapitan prosi cię o przybycie na kasztel, panie — poinformował, wciąż nie podnosząc wzroku z dębowych desek, które niosły ich po oceanicznych wodach.

Nie wolno było mu chociażby zerknąć na tak ważnego dostojnika, dopóki ten nie wyraziłby na to zgody. Groziło to co najmniej chłostą. A Anil, choć miał skórę ze stali, nie lubił, gdy zbytecznie go poniżano. Choć był zwykłym marynarzem, miał wysokie aspiracje i nadzieje, że z czasem awansuje nawet na admirała. Wymagano jednak do tego nienaganna postawa.

            — Powiedz mu, że niebawem tam zagoszczę — rzucił wezyr, nie racząc Anila spojrzeniem. Odwrócił się i wychylił przez burtę, spoglądając na pieniącą się wodę.

            — Panie, kapitan nalegał… — Bosmanowi nie było dane dokończyć zdania.

            — Powiedziałem, że zaraz przyjdę — warknął Mahesha. — Możesz odejść — rozkazał.

            Kiedy doradca sułtana Sikandara Lodi został sam, zamarł ponownie, podziwiając znikające za horyzontem słońce wraz z bogatą paletą barw, jaką rozlało po całym nieboskłonie. Dopiero kiedy zaledwie płomienna poświata wystawała sponad zbłąkanych fal, mężczyzna wyprostował się i podążył na kasztel rufowy, gdzie znajdował się kapitan.

            — Panie. — Indyjczyk o haczykowatym nosie, przyozdobionym bujnym, zakręconym wąsem, powitał pokłonem wezyra Maheshę, który nadchodził powolnym, pewnym siebie krokiem, ze splecionymi na plecach dłońmi.

            — Jak rokowania? — zagadnął, obserwując z nadbudówki cały pokład.

Kilkoro majtków błąkało się, szukając sobie zajęcia.

            — Jedna trzecia drogi za nami — zameldował kapitan i urwał wpół zdania.

Uniesiona brew wezyra i pytające spojrzenie wcale nie zachęciły go do podania najważniejszych informacji. Wiedział także, że owijanie w bawełnę było zupełnie bezcelowe podczas rozmów z doradcą sułtana. Mahesha słynął ze swej gwałtowności i zacięcia. Każdy obawiał się przekazywać mu złe wieści.

— Powinniśmy dobić do najbliższego portu. Wydaje nam się, że nadchodzi nawałnica.

            Źrenice Maheshy wyraźnie rozszerzyły się w gniewie.

            — Wydaje wam się? — powtórzył z niedowierzaniem i złością. Od kapitana indyjskiej floty oczekiwał profesjonalizmu oraz pewności, nie zaś czczego gdybania czy trzęsienia nogami z niepotwierdzonych informacji.

            — Panie, płyniemy prawdopodobnie prosto na burzę morską. Minęliśmy Kanał Mozambicki i według naszych obliczeń zbliżamy się do słynnego Przylądka Burz.

            Po skroni sterującego statkiem mężczyzny spłynęła pierwsza kropla potu. Czuł zdenerwowanie, choć pozornie zachowywał zimną krew. Wiedział, że ciężko będzie mu przekonać wezyra do zmiany i przedłużenia kursu.

            — Mieliśmy ominąć półwysep jak najszerszym łukiem.

            — Zboczyliśmy z kursu.

            To wyjaśnienie nie usatysfakcjonowało Maheshy i nie usprawiedliwiło załogi floty. Mężczyzna zerknął przez ramię, by ujrzeć pozostałe indyjskie karawele sunące niestrudzenie przez falujące wody. Wyglądały dostojnie, majestatycznie, dumnie, jakby żadna siła nie mogła ich pokonać.

            — Wszystko pozostaje bez zmian. Nie ma potrzeby, byśmy marnowali czas na dobicie do lądu i szukanie portu, którego najpewniej nie znajdziemy — zarządził stanowczym tonem. — Utrzymajcie prawidłowy kurs, chyba że chcecie sfinansować straty, jakie mogą wyniknąć z wszelkich opóźnień.

            Odszedł, nie czekając na odpowiedź kapitana. Zszedł po wąskich schodach pod kasztel, gdzie znajdowało się pomieszczenie córki i żony wezyra.

            Cieszył się, iż sułtan zezwolił mu zabrać te ważne w jego życiu kobiety. Gülay była niewolnicą z jakiegoś niewielkiego europejskiego kraju, jednak już podczas pierwszej wizyty w jego alkowie podbiła wezyrowe serce.

            Pamiętał jak dziś, kiedy służba wpuściła tę kobietę do jego komnaty. Ubrała zwiewną, aksamitną suknię o barwie gorejącego żelaza, z szeroko wykrojonym dekoltem. Jej piersi, które szybko uwolnił z objęć ciasnego materiału, nie były duże; przypominały dwie młode brzoskwinie, które idealnie mieściły się w jego dłoniach podczas pieszczot. Alabastrowa skóra niewolnicy lśniła księżycowym blaskiem, ale to jej oczom oddał serce oraz duszę.

            W oczach swojej pierwszej i jedynej żony dostrzegł wzburzone morze, szafirowe wody, które jeszcze za dziecka sobie upodobał. Gülay, jak ją nazwał, sama w sobie również była niczym ocean – tajemnicza, zmienna, nieprzewidywalna. Raz radosna i potulna, raz zagniewana i oporna. Stanowiła dla niego zagadkę, różniła się od pozostałych kobiet z haremu. Pragnął jej, choć nie wiedział, czy ona pragnęła jego. Inne niewolnice wręcz błagały o zainteresowanie. Gülay, choć nie była obojętna, nie zabiegała nachalnie o względy. Czasami wręcz subtelnie odrzucała jego zaloty. Jego! Wezyra, członka dywanu, jednej z najważniejszych osób w Sułtanacie Delhijskim! Nie wiedział, jak z nią postępować, była enigmatyczna i zachowywała się z najwyższą godnością, jakby niewolnictwo wcale nie ujęło jej dumie.

            Pojął ją za żonę po naprawdę długim okresie i nigdy nie pragnął żadnej innej kobiety, choć zarządca haremu nie raz podsyłał do jego alkowy podobne niewolnice. Żadna jednak nie miała tych morskich oczu i ujmującego zachowania. Zapytał ją niegdyś, skąd pochodzi, zastanawiając się zarazem, czy wszystkie kobiety w jej kraju takie były.

            — Nie czuję zdziwienia wobec tych, którzy najechali twój dom. Któż nie pożądałby na własność takiego daru od boga, jakim jesteś?

            Ona odpowiedziała mu jedynie bladym półuśmiechem, na zawsze zatajając pochodzenie.

            Przez dwadzieścia lat nie dała mu syna. Nadal mimo to żywił nadzieję, że któregoś dnia spłodzi potomka, który zaopiekuje się rodem i majątkiem, który odziedziczy jego nazwisko, a może nawet pozycję u boku sułtana?

Gülay urodziła za to piękną córkę, która miała jej oczy. Gdy przyniesiono do jego komnat zawinięte w aksamity dziecię i określono dziewczynką, był zawiedziony. Wystarczyło jednak, że mała rozchyliła swe niemowlęce powieki, by jego serce mocniej zabiło, a także podzieliło się na dwoje. Połowa należała do jednej kobiety, połowa do niewinnego istnienia, które wydała na świat na swoje podobieństwo.

— Rajani Shailaja — przywitał swą piękną pociechę, wszedłszy do pomieszczenia. — Gülay — dodał, widząc siedzącą nieopodal żonę.

Ucałował każdą z nich w czoło, po czym zasiadł na otomanie naprzeciwko. Gestem odesłał służącą, która pokornie pokłoniła się i czmychnęła z kajuty.

— Jak mija wam podróż? — zagadnął, wyciągając nogi. Były zmęczone całodniowym spacerem wzdłuż pokładu.

— Mam nadzieję dostrzec wkrótce europejski ląd. Jestem tak bardzo ciekawa, jak wyglądają tamtejsze rośliny, góry i rzeki — odparła natychmiast podniecona Rajani.

Matka zareagowała na jej słowa dumnym uśmiechem. Cieszyła się, że córka interesowała się obcymi kulturami, krajobrazami, że nie zamykała swych horyzontów jedynie na ojczyźnie ojca. Gülay pogładziła czarne włosy swej pociechy, spływające bujnymi sprężynkami po plecach.

— Będziemy starali się osiągnąć jak największy zasięg w handlu jedwabiem — zaczął pogodnie wezyr — więc być może zwiedzisz nawet większy fragment Europy, kochanie.








Z godziny na godzinę wiatr stawał się coraz mocniejszy. Płynęli w kierunku postrachu żeglarzy z każdego zakątka świata. Zmierzali prosto na Przylądek Burz, wokół którego krążyły najczarniejsze i najmroczniejsze legendy. To właśnie ten punkt był miejscem, utrudniającym, a wręcz uniemożliwiającym wymianę handlową Indii z resztą globu. Wezyr Mahesha, który dbał nie tylko o interesy sułtana, ale również własne zachcianki, mógłby poruszyć niebo i ziemię, byleby opłynąć przeklęty półwysep, dostać się na drugi koniec świata.

Kapitan wiele razy nalegał, by zawrócić, skierować się w stronę lądu, jednak Mahesha nie chciał o tym nawet słyszeć. Wierzył, że specjalnie zaprojektowane i wzmocnione konstrukcyjnie karawele przepłyną przez sztorm bez większych strat. W końcu zatrudnił najlepszego projektanta w całym Sułtanacie i sowicie mu zapłacił.

Koło północy zerwał się bardzo silny wiatr, który napędził na niebo ciężkie, czarne chmury. Oceaniczne wody pociemniały, pozbawione księżycowego blasku. Wkoło zapanował mrok. Pojedyncze krople z coraz większym natężeniem sypały się z nieba, aż zamieniły się w prawdziwą ulewę. Wiatr natarczywie targał żagle karawel, a wzburzone fale wściekle rozbijały się o burty, kołysząc statkami.

Wkrótce pokład zaczął napełniać się wodą tak szybko, że członkowie załogi nie nadążali wylewać jej. Sztorm rozpętał się na dobre. Pioruny trzaskały z nieba jak oszalałe, niosąc się szczekliwym, przeraźliwym pomrukiem ponad głowami ludzi. Błyskawice strzelały jedna po drugiej, przecinając jaskrawymi smugami czarne niebo.

„Aasha”, na której znajdował się wezyr z rodziną, niebezpiecznie się kołysała, niemalże kładąc swe burty na tafli wody. Ludzie płynący na niej bezwładnie przetaczali się po pokładzie z boku na bok, od rufy po dziób, usiłując chwycić się czegokolwiek stabilnego, by nie wypaść prosto w objęcia wzburzonych fal. „Paanee Raiven”, przewożąca znaczną część zwojów jedwabiu i paczek przypraw korzennych, odniosła pierwsze straty. Złamał się jeden maszt, a rejki zerwały się i poszły na dno. Spanikowana załoga nie mogła poradzić sobie z utrzymaniem sterów, statek zatonął.

— Zawróćmy, panie! Prędzej zginiemy, niż przepłyniemy przez to piekło! — nalegał kapitan. — Na nic mi pieniądze, jeśli pójdę z nimi na dno oceanu!

— Trzymaj stery, szczurze! Myślałem, że jesteś starym wyjadaczem! Ejże, co dzieje się z „Hans Pohool”? Zaraz… co oni wyrabiają?

Załoga pozostałej części floty zbuntowała się i, widząc pierwszy zatopiony statek, usiłowała się wycofać. Podczas manewrów, jedna po drugiej, znikały pod wodą kolejne karawele. „Ashaa” jednak niestrudzenie mknęła przez sztorm, kiwając się na wszystkie strony. Kapitan, widząc ludzi tonących w czarnej otchłani, wreszcie się przeciwstawił. Gdy tylko wezyr zorientował się, że mężczyzna usiłował zmienić kurs, wbił mu sztylet pod żebra i przejął ster.

— Jesteś szalony, diable! — jęknął umierający, wiedząc, że już wszystko stracił.

Mahesha siłował się ze sterem, starając się utrzymać statek w odpowiedniej pozycji.

Wezyr walczył długo, ręce piekły go z bólu, cały trząsł się z zimna; jego szaty były całkiem przemoknięte. Tymczasem Gülay wraz z Rajani toczyły wojnę z przedmiotami przewalającymi się przez kajutę. Zdobione sztylety spadały ze ścian, wirując w powietrzu, a piękne poroża zwierząt celowały prosto w kobiety, niczym szarżujące jelenie. Służąca, nie zważając na swoje życie, biegała po pomieszczeniu i osłaniała panią własnym ciałem. Najgorsze i tak było dopiero przed nimi.

            Biały grom uderzył w główny maszt, który momentalnie zaczął pochłaniać ogień. Nie była w stanie zdławić go nawet ulewa. Drewniany pal niefortunnie upadł na pokład, nie zaś do oceanu, przebijając go. Wkrótce woda zaczęła napływać do wnętrza „Aashy”.

— Pani, wyjdźmy na pokład, są tam łodzie, uciekniemy — poprosiła służąca, ciągnąc Gülay za rękę.

Przewróciły się i uderzyły o ścianę, kiedy karawela przechyliła się niebezpiecznie na bok pod wpływem wysokiej fali.

Gülay szybko podniosła się i, opierając o deski, na klęczkach sunęła do przodu.

— Idź przodem, Saraswati — rozkazała.

Sama po drodze zebrała każdą biżuterię i drogocenną rzecz, jaka przetoczyła się przez podłogę. Jeśli jakimś cudem wyjdą z tego cało, przeżyją sztorm, będą miały przynajmniej na jedzenie, nie będą musiały żebrać.

Tymczasem sytuacja pogarszała się. Załoga wszczęła bunt. Przestała wiosłować, porzuciła liny i puściła się biegiem do kilku ratunkowych łodzi. Mahesha, widząc to, widząc wodę, która zalewała pokład, puścił stery i pobiegł do żony prowadzonej przez służącą do małej szalupy.

— Gülay, co wy wyprawiacie?! — ryknął.

Był jak w amoku, zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że statek tonął, że musieli się ratować. Po krótkiej szarpaninie został raniony przez żonę długim sztyletem.

— Ojcze! — Rajani zaniosła się płaczem. — Coś ty zrobiła?! — ryknęła na matkę. Nic nie rozumiała, tak wiele się działo na raz.

Pokład w całości pokrywała woda. Właściwie „Aasha” niemal już zatonęła. Saraswati odplątywała liny, by ostatnią wolną łodzią wybawić swoją panią i jej córkę. Trzęsące się ręce, zmarznięte od lodowatej wody, odmawiały posłuszeństwa, skostniałe palce nie radziły sobie i ślizgały się po mokrym sznurze.

Mahesha, mimo śmiertelnej rany, szarpał się w tym czasie z żoną. Wpadł w szał. Zawiodła go. Podniosła na niego rękę! Sprzeciwiła się! Rajani usiłowała ich powstrzymać, kiedy kołysząca się łódka podpłynęła, a służąca wyciągnęła ją z wody. Wyrwały Gülay z uścisku wezyra. Mężczyzna z wykrwawienia szybko stracił siły, zaś lodowata woda spotęgowała efekt osłabienia i pochłonęła jego ciało.

Łódka ratunkowa dryfowała na wzburzonych falach, niejednokrotnie wywracała się, lecz kobiety uparcie chwytały się drewna i walczyły o życie. Burza uspokajała się, a oceaniczne bałwany malały, pozwalając szalupie sunąć stabilniej i łagodniej.






Łagodny szum morza powodował złudne poczucie bezpieczeństwa, spokoju. W oddali słychać było dyskusje mew walczących o pokarm oraz uderzenia wzburzonych fal o wysokie klify. Południowe słońce piekło skórę, którą tuż potem zalewała ciepła woda o lazurowej barwie.

Rajani ocknęła się jako pierwsza. Zmrużyła powieki, oślepiona blaskiem obijających się od piaszczystej plaży promieni. Przyzwyczaiwszy wzrok, rozejrzała się dokoła. Była zaskoczona, że w ogóle się obudziła. Że przetrwała sztorm i że nie utonęła w otchłani czarnej, niebezpiecznej wody. Wówczas zdała sobie sprawę z tego, iż ocean zabrał jej ojca. Oczy dziewczyny zaszły łzami, w sercu poczuła paraliżujące ukłucie. Mimo to podniosła się na chwiejnych kończynach, pragnąc odszukać matkę. Ogarnął ją strach o życie drugiego z rodziców. Czy i ją straciła?

Wstrzymała oddech, widząc nieruchome truchło nieopodal. Kilka jardów od niego leżało kolejne. Musiały to być Saraswati i matka. Potykając się o własne nogi, Rajani popędziła w ich stronę. Upadła tuż obok ciała, które trzęsącymi się rękoma przewróciła na bok. Twarz matki wyglądała przerażająco. Oczy miała nieobecne, mimo to dziewczyna mogłaby przysiąc, że klatka piersiowa wciąż unosiła się, choć widać było, że z trudem.

Za plecami Rajani rozległ się duszący kaszel. Służąca przebudziła się i, pozbywszy nadmiaru cieczy z organizmu, równie chwiejnym krokiem zbliżyła się do swej pani.

— Saraswati, pomóż! — poprosiła Rajani, obawiając się, że matka była w stanie agonalnym. Zaczęła szarpać za zniszczoną suknię niewolnicy, chcąc zmusić ją do działania. 

Saraswati wyglądała wyjątkowo dobrze. Choć jej ubrania były brudne, przemoczone i potargane, włosy sklejone,  całe ciało trzęsło się z osłabienia i wyziębienia, oczy patrzyły całkiem przytomnie i trzeźwo. Po kilku próbach uciskania piersi Gülay, służąca sprawiała wrażenie już znacznie zdrowszej i przytomnej, a jej ruchy były zdecydowane. Rajani dostrzegła to, choć nie pojmowała, jej głowę zajmowała w całości matka i to, czy się ocknie.

            Dotknęła jej zimnej dłoni, której skóra zmarszczyła się od nadmiaru wody. Kończyna opadła bezwładnie, podniesiona. Rajani utkwiła wzrok w nieokreślonym punkcie na ciele matki, podczas gdy Saraswati przeprowadzała sztuczne oddychanie. Rajani wierzyła w medyczne zdolności służącej, bowiem często leczyła kobiety w pałacu.

            — O, nie… Nie! Matko!

            Dziewczyna wybuchła płaczem. Zaczęła nerwowo potrząsać truchłem, przerywając pracę niewolnicy.

            — Nie odchodź, nie zostawiaj mnie! — błagała, krzycząc przeraźliwie.

Zdumiona Saraswati podążyła za wzrokiem dziewczyny i dopiero wówczas zauważyła plamę krwi na brzuchu swojej pani. Najwidoczniej wezyr zdołał ją ranić podczas szarpaniny na tonącej „Aashy”. Oderwała roztrzęsioną dziewczynę od ciała i przycisnęła do siebie, mocno przytulając.

            — Zrób coś! Pomóż jej! — błagała.

            — Nie mam mocy przywracania życia — przeprosiła Saraswati, tuląc wyrywającą się Rajani.

            — Ona wciąż żyje! Uratuj ją, zrób coś! Błagam!

            Służąca zamarła, poluźniwszy uścisk. Młoda Rajani odskoczyła od niej, ponownie przywierając do ciała matki. Saraswati biła się z myślami, skupiając wzrok na odgrywającej się scenie rozpaczy.

Dziewczyna nosiła w sobie krew wyjątkowych przodków. Choć splamiona była rodowodem ojca, pozostawały w niej matczyne geny i dziedzictwo. Istniała nadzieja. Cień szansy…

— Nie patrz tak, zrób coś!

— Życie kosztuje życie — wypaliła nagle służąca. Rajani zmarszczyła brwi, zupełnie nie rozumiejąc, o czym mówiła. — Możesz oszukać śmierć, jednak ona prędzej czy później upomni się o swoje — pośpieszyła z wyjaśnieniem.

— Nie dbam o cenę, uratuj moją matkę! — rozkazała dziewczyna.

Zupełnie nie zdawała sobie wówczas sprawy ze stawki, jaką obiecała zapłacić za darowane Gülay życie. Pragnęła za wszelką cenę, by pozostała z nią. Nie mogła stracić obojga rodziców. Nie mogła zostać sama na tym świecie, na tej obcej ziemi.

— Jak sobie życzysz… — Niewolnica uśmiechnęła się pod nosem, rozkładając dłonie nad piersią pani.

Po cichu zaczęła mruczeć niezrozumiałą dla Rajani inkantację, dziwną formułę w obcym języku. 


Beta reader: Arc i Nearyh.

NIE MAM POJĘCIA, CO SIĘ DZIEJE Z TYM BLOGGEREM, NIE MAM JUŻ DO NIEGO SIŁ. NAJPIERW NA JENDYM BLOGU POSYPAŁY MI SIĘ KOMENTARZE, TU ZAŚ - PO NANIESIENIU POPRAWEK OD BETY - NIE MOGĘ USTAWIĆ DOMYŚLNEGO KOLORU CZCIONKI W POŚCIE. W EDYTORZE JUŻ NAWET RĘCZNIE USTAWIŁAM BIAŁY, A MIMO TO WYŚWIETLA SIĘ ZESRANY CZARNYO-SINO-PAPUCIATY. PODDAJĘ SIĘ, TO JEST PONAD MOJE NERWY. WYBACZCIE, ŻE TAK SIĘ TEN ROZDZIAŁ PREZENTUJE. 
Szablon pochodzi z Larwiastej Tapeciarni